Dzielnica Ursynów Serwis sportowo-rekreacyjny Ursynowa  

NASZ WYWIAD. Tomasz Majewski: Chciałem trenować koszykówkę!

10.02.2019
Pozostałe

W 2016 roku zakończył karierę zawodowego sportowca – ale przedtem przez wiele lat cieszył nas swoimi wyczynami. Tomasz Majewski zdobywał w pchnięciu kulą niemalże wszystko, co tylko było możliwe do zdobycia - był dwukrotnym mistrzem olimpijskim, wicemistrzem świata, mistrzem Europy i brązowym medalistą mistrzostw kontynentu, dwukrotnym brązowym medalistą halowych mistrzostw świata, a także halowym mistrzem Europy. Dziś wiedzie spokojniejsze życie, u nas na Ursynowie.

Kim byłby Tomasz Majewski, gdyby nie został kulomiotem?

Nie mam pojęcia! Często akurat dostaję to pytanie. Ale naprawdę nie wiem. Zupełnie inaczej potoczyłoby się moje życie. Pewnie gdybym nie trenował w ogóle, to dokonywałbym zupełnie innych wyborów odnośnie przyszłości. Zapewne miałbym jakiś zwykły, nudny zawód, który bym wykonywał. Ale to nie byłaby raczej żadna sensacyjna droga.

Czyli jest Pan zadowolony z tego, jak potoczyło się Pana życie?

Tak. Na pewno nie żałuję mojego wyboru. Gdybym znowu musiał obierać ścieżkę życiową, to wybrałbym tak samo. Nie ukrywam, że sprawiało mi to radość.

Wyszło lepiej niż Pan zakładał?

Zależy, od którego momentu przyjmujemy punkt widzenia. Kiedy rozpoczynałem treningi, to nie zakładałem, że to właśnie pchnięcie kulą będzie moim głównym zajęciem i w sporcie spędzę aż tyle lat. To przyszło z czasem. Im bliżej byłem sukcesów, tym bardziej wierzył, że je odniosę. Będąc bardziej doświadczonym, już było więcej podstaw, by w nie wierzyć. Ale wracając do początków – nie, wtedy nie przeczuwałem, że będzie aż tak dobrze.

Skoro o początkach mowa, pochodzi Pan ze Słończewa koło Ciechanowa...

Tak, to mała miejscowość, 80 kilometrów od Ursynowa – liczy sobie około 150-160 mieszkańców.

Ale pierwsze kroki już w lekkiej atletyce stawiał Pan w Płońsku. Dopiero później przyszły czasy Skry, Warszawianki i AZS-AWF...

Przy czym jeszcze pierwsze pięć lat trenowałem w Ciechanowie. Zaczynałem w 1996 roku. Różne historie akurat wtedy się splotły – Płońsk pojawił się w życiorysie z tego powodu, że Wojewódzki Klub Sportowy z Ciechanowa, który działał w ramach starego województwa ciechanowskiego, zmienił swoją siedzibę. Przeniesiono go w międzyczasie właśnie z Ciechanowa do Płońska. Ale prawdą jest, że już w warszawskich klubach zostałem najdłużej – 14-15 lat spędziłem, trenując w stolicy.

Wiemy też, że na początku treningów miał Pan skłonności do koszykówki...

Chciałem trenować koszykówkę, nawet bardzo. Ale z czasem, kiedy poszedłem w kierunku lekkiej atletyki i okazało się, że wyniki mogę mieć tam dużo lepsze, to wybór był prosty. „Kosza" traktuję już dzisiaj tylko na zasadzie ciekawostki, musiałem pójść w kierunku czegoś, co lepiej mi wychodzi. Ale muszę powiedzieć, że np. propozycję z sekcji koszykówki Polonii Warszawa dostawałem – i to nawet w trakcie kariery kulomiota.

Od tych pierwszych startów na zawodach lekkoatletycznych mija już kilkanaście, a niedługo prawie dwadzieścia lat. Dociera do Pana powoli, kiedy to wszystko minęło i dlaczego tak prędko?

Odpowiem tak - z jednej strony wydaje się, że minął długi czas. Z drugiej strony człowiek myśli jednak, że zleciało to naprawdę bardzo szybko.

Trenowaliście razem z Piotrem Małachowskim. Wasze losy splatały się ze sobą bardzo często.

Tak – treningi w jednym klubie, podobny przebieg kariery, sukcesy w niemalże identycznym czasie – wszystko przebiegało w taki sposób. Piotrek co prawda kontynuuje wciąż swoją karierę, będzie startował też na kolejnych igrzyskach olimpijskich w Tokio w 2020 roku. On jest zresztą młodszy dwa lata młodszy ode mnie, więc zdrowie ma nieco lepsze. Zresztą dyskobole kontynuują swoje kariery nawet do 38. bądź 39. roku życia. Oby Piotrkowi pozwoliło utrzymać formę jak najdłużej!

Ale większości Polaków przedstawił się pan właśnie razem z Piotrem Małachowskim w Pekinie, na letnich igrzyskach olimpijskich w 2008 roku.

Tak było. Nie ukrywajmy, moja kariera naprawdę stała się wielka właśnie w Chinach. Rzeczywiście trzeba zdać sobie sprawę, że minęło już od tych wydarzeń jedenaście lat...

...co oznacza, że na scenę lekkoatletyczną wkraczają ludzie, którzy też oglądali pana w telewizji i wychowywali się na pana sukcesach.

Trochę tak jest – to już zupełnie inne pokolenie sportowców. Z mojej generacji karierę wciąż kontynuują tylko jednostki – nie ukrywajmy też, że koniec mojej przygody ze sportem nastąpił dość późno, miałem już wtedy 35 lat. Ale tych ludzi, z którymi trenowałem w latach młodzieńczych nie ma już w sporcie.

Swoją drogą, wracając do Pekinu – jak można powiedzieć po swoim największym wówczas sukcesie zawodowym, że „to tylko złoty medal olimpijski"? To wynika z szoku, braku wielkiej dumy z samego siebie czy przekonania, że kulomioci nie zmieniają świata jak lekarze, wynalazcy, pielęgniarki?

Nie ukrywajmy, tak powiedziałem. Ale wtedy naprawdę wynikało to ze zmęczenia i z tego, że wtedy przeprowadziłem mnóstwo rozmów. Ciężko naprawdę jest wtedy rozsądnie pomyśleć, co człowiek chce powiedzieć – emocje biorą górę. Chociaż szczerze powiedziawszy, gdy już podszedłem do stanowiska polskiej telewizji, to euforia ze mnie zeszła i pierwszy szok minął. A co do ostatniej kwestii – jest w tym trochę racji. Powiem żartobliwie, że swój świat może zmieniłem, ale całego na pewno nie.

Ale jest jakiś pewien urok w tych rozmowach na gorąco – w komentarzu pod filmem z pana złotym rzutem z Londynu z 2012 roku widnieje opinia następującej treści „Tomasz Majewski wypada w wywiadach cudownie niezręcznie".

(śmiech) Ciekawe. Ale to jest trochę prawdy. Mam jednak nadzieję, że przez te wszystkie lata się choć trochę wyrobiłem. Niemniej pamiętajmy – wiadomo, że sportowcy muszą zaznaczyć coś ciekawego w rozmowach na gorąco po sukcesach. Ale nie udawajmy, że mówimy wtedy specjalnie odkrywcze rzeczy. To jest coś innego niż rozmowa na chłodno, która odbywa się po jakimś czasie od zawodów.

Nasuwa się postać Christiana Cantwella. To jego wskazał Pan jako swojego największego rywala w trakcie kariery zawodowej. Dlaczego akurat jego?

Zawsze podkreślałem, że to z nim było najciężej i w sumie zdania nie zmieniam. To na nim byliśmy skupieni – jego miałem pokonać. Muszę powiedzieć, że akurat rywalizacja z Amerykaninem była całkiem fajna. Nasze kariery przebiegały zresztą równolegle, losy splatały się wielokrotnie na największych imprezach. Obaj zaczynaliśmy naszą przygodę z wielkim sportem w 2004 roku – to były halowe mistrzostwa świata w Budapeszcie. On wygrał, ja byłem na czwartym miejscu. Może to nie było nasze pierwsze spotkanie, ale traktuję to jako pewien punkt wstępny – dla niego był to pierwszy czempionat z medalem, a ja pierwszy raz zająłem tak wysokie miejsce. I tak to trwało niemalże do samego końca.

Pamiętajmy też o innych - Andrej Michniewicz, Dylan Armstrong, Reese Hoffa, a także najpóźniej z nich wszystkich - David Storl.

Rywalizację ze Storlem również wspominam dobrze. Nawet na ostatnich dwóch zawodach, na których byliśmy wspólnie, udało mi się go pokonać! W ogóle muszę powiedzieć, że trafiłem na fajne czasy w mojej dyscyplinie. Czołówka prezentowała dobry poziom i była całkiem szeroka. Miłe jest to, że praktycznie każdemu z nich udało się odnieść spore sukcesy.

A jeśli chodzi o Pana – dalej Pekin jest bardziej wyrazisty, jeśli chodzi o wspomnienia niż Londyn?

Nie do końca. Obie imprezy wspominam dobrze, oba konkursy też pamiętam w miarę dokładnie. Ale na pewno Pekin spowodował większą zmianę w życiu. Oba złote medale to miłe wspomnienia, a jeśli mamy wskazywać wprost - ten z 2008 roku był pierwszy i na pewno wyjątkowy.

Wrócimy pamięcią do Rio de Janeiro?

Wrócimy. To nie był bardzo zły start. Ale niedosyt miałem. Ciągle w sumie mam i tyle mi z tej Brazylii zostało (śmiech). Bardziej chodziło o to, że myślałem, że forma pozwoli mi na walkę o brązowy medal. Ale się nie udało. Nie udało się trafić z dyspozycją, wystarczyło tylko na szóste miejsce. Po prostu myślałem, że będę w stanie o ten medal powalczyć i dlatego nie byłem w pełni zadowolony. Zakończenie kariery olimpijskiej uznaję jednak za godne – byłem tam przecież dużo starszy od reszty zawodników. Ostatnie lata kariery – głównie ze względów zdrowotnych – to już nie było to, co przedtem. A nie ukrywajmy – to był ciągle wysoki poziom rywalizacji w konkursach w ramach mityngów i mistrzostw.

Sportowe pożegnanie z kibicami przypadło na memoriał Kamili Skolimowskiej w Warszawie, na Stadionie Narodowym, w 2016 roku. Kiedy dotarło, że to już jest koniec? Wiadomo, że to było już planowane wcześniej, ale czy zdał Pan sobie sprawę z doniosłości momentu już po zejściu z płyty stadionu?

Wiedziałem, że karierę pociągnę do igrzysk olimpijskich w Rio i zobaczymy, co będzie dalej. Przeczuwałem, że to może wyglądać tak, że dam już sobie wtedy spokój. Ale inną zabawną rzeczą jest to, że na tym memoriale akurat trafiłem z formą, którą powinienem mieć w Rio (śmiech). Spokojnie udało się pchnąć kulę na odległość 21 metrów. A potrzeby, by uzyskiwać taki wynik na turnieju towarzyskim nie było! To mnie zdziwiło. Ale cieszę się na pewno, że wtedy pożegnałem się z polską publicznością w dobrym stylu.

Znał Pan Kamilę Skolimowską?

Tak, znałem, przyjaźniłem się z nią. Od pierwszego memoriału poświęconego jej pamięci jestem zaangażowany z organizację. Działam też w Fundacji Kamili Skolimowskiej. To w sumie trudne też do uwierzenia, że przecież w lutym minie 10 lat od jej śmierci. A pamiętam ją jako bardzo fajną dziewczyną – inaczej nie umiem tego opisać. Poza tym, że była naprawdę świetną sportsmenką, potrafiła być miłą i ciepłą osobą.

Jeszcze w trakcie kariery sportowej ukończył Pan politologię na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego...

Tak, studiowałem zaocznie. UKSW było o tyle wygodną opcją, ponieważ blisko był przecież AWF – więc poruszałem się wewnątrz Bielan. Traktowałem to i nadal traktuję jako studia ogólnokształcące. Chciałem to studiować, chociaż był też wcześniej pomysł, by spróbować studiów dziennikarskich. Nie zdecydowałem się jednak na dziennikarstwo. Szczęśliwie politologię skończyłem w terminie, choć rzeczywiście – było czasem wyzwaniem łączyć wyniki z egzaminami. Ale to naprawdę sobie cenię.

Kiedy był Pan z siebie najbardziej dumny?

Jeśli chodzi o karierę zawodową, to bywały takie konkursy – a było ich przecież mnóstwo w karierze – że zaskoczyłem sam siebie w sposób pozytywny. Pchnięcie kulą to dosyć uczciwa dyscyplina sportu. Jeśli człowiek czuje się tam na siłach, by zwyciężyć, to ma ogromne szanse na to, że rzeczywiście zostawi rywali w tyle. Ale nie wiem, czy potrafiłbym wskazać jeden moment.

Da się w pana przypadku żyć bez sportu? Albo inaczej - jak długo bez sportu jest w stanie wytrzymać Tomasz Majewski?
Jak wygląda to „życie po życiu" w Pana przypadku?

Jest normalnie. Oczywiście naturalny rytm dnia jest trochę inny. Człowiek najpierw był przez 20 lat życia zaprogramowany na trening. Wiedział, że codzienne dwie jednostki treningowe to norma. Po karierze tego nie ma. Trzeba się przestawić. Ale jeśli jest się przygotowanym na to, że ten koniec kariery jest blisko, to przeskok jest łatwiejszy. Dostaję emeryturę olimpijską – co jest naprawdę dobrą rzeczą, szczególnie dla tych, którzy po karierze zawodowej nie poradzili sobie w codziennym życiu. Ministerstwo na szczęście o nich pamięta i jest to na pewno udogodnienie. Mieszkam sobie na spokojnym Ursynowie już jakiś czas. Do życia z żoną i synemi wróciłem po karierze zupełnie normalnie, tym bardziej, że starałem się już wcześniej spędzać jak najwięcej czasu razem z nimi. Ale na pewno nie jest tak, że leżę i nie mam nic do roboty (śmiech)!

A o przyszłość polskich kulomiotów jest pan spokojny?

Mamy dwóch świetnych zawodników – Konrada Bukowieckiego i Michała Haratyka. Moim zdaniem, naprawdę powinno być dobrze, jeśli chodzi o ich wyniki na nadchodzących imprezach. Fakt, muszą nabyć jeszcze więcej doświadczenia i mam nadzieję, że już latem – na imprezach rangi światowej – będą walczyć o medale. Jak na razie, w Europie są mocnymi graczami. A to tylko może cieszyć i dawać nadzieję.

Dziękuję za rozmowę! 

Rozmawiał Rafał Majchrzak

Archiwum aktualności

Kalendarz

Październik 2019

po wt śr cz pt so nd
1
Events of the day 2 Październik 2019 (środa)
3
4
Events of the day 5 Październik 2019 (sobota)
Events of the day 6 Październik 2019 (niedziela)
7
8
Events of the day 9 Październik 2019 (środa)
10
11
Events of the day 12 Październik 2019 (sobota)
Events of the day 13 Październik 2019 (niedziela)
14
15
Events of the day 16 Październik 2019 (środa)
17
18
Events of the day 19 Październik 2019 (sobota)
Events of the day 20 Październik 2019 (niedziela)
21
22
Events of the day 23 Październik 2019 (środa)
24
25
Events of the day 26 Październik 2019 (sobota)
Events of the day 27 Październik 2019 (niedziela)
28
29
Events of the day 30 Październik 2019 (środa)
31

Na czasie

X

Wyślij link znajomemu